Bój o Dywizję 1 – WYGRANY!!!

Data publikacji: 17.07.2025

Tydzień temu relacjonowaliśmy występ naszej reprezentacji męskiej na Klubowych MP Dywizji 2, a kolejny weekend stoi pod znakiem Dywizji 1. Bijemy się o utrzymanie, pomimo słabszego (na papierze) składu niż ten, który rok temu tak pięknie wywalczył nam awans do ekstraklasy. Misja wydaje się skrajnie trudna, ale damy z siebie wszystko.

[Teraz już wiemy, że się udało. Czytajcie!]

 

Dzień IV

Chyba już wszyscy to usłyszeli – zostajemy w Dywizji 1 na kolejny rok! Udało się osiągnąć kolejny kamień milowy w historii naszego Klubu. Dotychczas dwukrotnie udawało się nam awansować do Dywizji 1, ale – jak to często w sporcie się powtarza – czasem łatwiej wskoczyć na pewien poziom niż się na nim utrzymać. I to utrzymanie w męskiej „ekstraklasie” było głównym i jedynym celem tej reprezentacji. Dużo się musiało dobrego wydarzyć, abyśmy to osiągnęli. I się wydarzyło! Kapitan Krzysztof Bury od lat jest naszym dobrym duchem i Najlepszym Kapitanem Świata. Od wczoraj jest do tego Najszczęśliwszym Kapitanem Świata.

 

Niedziela w Sobieniach Królewskich, zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, była dniem gry o wszystko. Po fazie Stroke Play znaleźliśmy się w jednej grupie z Legią, Lisią Polaną i Karolinką. Te dwie pierwsze reprezentacje były wyraźnie silniejsze i udowodniły to w piątek i sobotę. Wilanów i Karolinka postawiły się dwóm faworyzowanym ekipom, ale jednak bez sukcesu. Tak więc mecz z Karolinką był – dla obu reprezentacji – meczem o przeżycie: drużyna zwycięska otwiera szampana (i zostaje w Dywizji 1), a drużyna przegrana niestety spada do Dywizji 2.

Zaczęło się zgodnie z planem Kapitana. Dwóch najsilniejszych zawodników Karolinki – Jakub Matuszek i Marcin Łukasiuk – zostało oczywiście wystawionych do meczów singlowych. Nie wiedzieliśmy tylko, czy na pozycję 1, 2 czy 3. Naszych trzech singlowych tenorów – Przemek Kosiorek, Mateusz Gregorowicz i Michał Ligocki – musiało stawić czoła dwóm asom Karolinki. Padło na Przemka i Mateusza. W założeniach mieli oczywiście walczyć i próbować starać się o niespodziankę, ale presja spadła na tego trzeciego, Michała Ligockiego, który w teorii miał nieco prostsze zadanie niż Przemek i Mateusz.

A więc musiały złożyć się trzy cele cząstkowe:

1. Michał Ligocki – MUSIAŁ wygrać swój mecz singlowy.

2. Foursome – Mariusz Wielgus / Michał Kopczewski – MUSIAŁ wygrać swój mecz.

3. Fourball – Piotr Klemba / Piotr Ragankiewicz – MUSIAŁ wygrać swój mecz.

No pressure.

 

Foursome

Krzysztof wystawił Mariusza Wielgusa i Michała Kopczewskiego. Doskonale się uzupełnialiśmy, gramy podobnego golfa i w sobotę nasz duet był bardzo zgrany i skuteczny, więc decyzja o nie zmienianiu tego zespołu była prosta. Poszliśmy w bój jako pierwsi, już o 8:14, startując z tee #10, jak wszystkie nasze mecze. Mając w pamięci wczorajszy dobry mecz z Lisią, próbowaliśmy z Mariuszem odtworzyć sobotnią rundę dołek po dołku. Niesamowite, ale na wielu dołkach nawet posyłaliśmy tee shoty dokładnie w te same miejsca, co poprzedniego dnia. Byliśmy spokojni i pewni swoich możliwości. Po 9 dołkach prowadziliśmy 3UP. Chciało się od razu grać dalej, ale (planowany) zator na polu spowodował, że poranne mecze musiały w połowie poczekać ponad pół godziny. Wypiliśmy przyjacielską kawę z naszymi przeciwnikami, którzy są jednymi z udziałowców pola Karolinka Golf Park i opowiadali o rozwoju tego pięknego miejsca. 

W końcu można było ruszać dalej. Nie wiedzieliśmy, jak przerwa na nas podziała, ale utrzymaliśmy koncentrację. Wygraliśmy na dołku nr 1, potem zremisowaliśmy (na własne życzenie, mając przewagę sytuacyjną) kolejne dwa dołki, ale przewaga 4UP dawała ogromny komfort i przestrzeń na małe niedokładności. Skończyliśmy z przytupem, robiąc birdie na dołku nr 5 (który był naszym czternastym) i z wynikiem 6&4 mogliśmy zameldować Kapitanowi wykonanie zadania.

 

Single

Przemek Kosiorek grał z Jakubem Matuszkiem, jednym z asów atutowych Karolinki. Jakub zagrał rundę stroke play w 70 uderzeniach i legitymuje się handicapem 0,5. Jest również aktualnym Mistrzem Polski Mid-Amatorów. Miło zagrać z kimś takim, ale trudno chyba realnie liczyć na cud. Przemek stawiał czoła dzielnie, ale wystarczyło na dwanaście dołków. W meczu zrobiło się zatem 1:1.

Zaniepokoił nas trochę Michał Ligocki, który po 9 dołkach przegrywał 1DN z Remigiuszem Wiśniewskim. Jednak nasz olimpijczyk otrząsnął się, udowodnił, że dobrze znosi presję i walczy do końca z chłodną głową. Po szesnastu dołkach zgłosił wygraną 3&2, a my mogliśmy odhaczyć na kartce kolejny mały punkcik. Stan meczu – 2:1.

Niesamowicie walczył w ten weekend Mateusz Gregorowicz. Dostał – podobnie jak Przemek – misję straceńczą, bo Marcin Łukasiuk, to drugi as Karolinki. W czwartek zagrał 75, a jego handicap to 1,6. Mateusz stawiał się niewiarygodnie długo, podobnie jak wczoraj Lauritzowi. Grali aż szesnaście dołków, a przeciwnik nie mógł uwierzyć, jak trudno było Mateusza ugryźć. Musiał – jak twierdzi – zagrać 4 birdie, żeby przechylić szalę zwycięstwa na stronę Karolinki (3&2). Stan meczu – 2:2. 

 

Fourball

Wszystko rozwijało się według najbardziej prawdopodobnego scenariusza. Ostatni mecz decydował o wszystkim. Nawet już rozstrzygnęły się wyniki Mistrzostw (złoto – Sobienie Królewskie, srebro – Wrocław GC, brąz – Kalinowe Pola), a nasz ostatni mecz wciąż był na polu. Po pierwszej dziewiątce (dołki 10-18) nasz zespół prowadził 2UP. Piotr Klemba i Piotr Ragankiewicz nieśli na swoich barkach losy naszej przyszłości. Koledzy, którzy skończyli swoje mecze, pobiegli na pomoc. Był z nimi również nasz rezerwowy, zawsze gotowy – Marek Łęcki. W takich chwilach trzeba umiejętnie wyważyć między autentyczną pomocą, jak pchanie wózka czy niesienie torby, a zbytnią presją i robieniem tłumu. Ustaliliśmy więc, że część kolegów dołączy do Piotrów w roli caddiech, ale pozostali jednak zostaną na tarasie domku klubowego lub po prostu znikną im z horyzontu.

Na horyzoncie tymczasem pojawiły się burzowe chmury. Znad Otwocka słychać już było grzmoty. Jeszcze tylko tego brakowało!

Jedynkę przegrali (już tylko 1UP). Na kolejnych dołkach szala przechylała się raz na jedną, raz na drugą stronę. Niedobrze potoczył się dołek 6 (obie nasze piłki w wodzie!). Siódmy też przegrany i po raz pierwszy od dawna przeciwnicy osiągnęli A/S. Do tego wszystkiego lunęło! Zwycięstwo zaczęło nam się wyślizgiwać z rąk, jak mokre gripy kijów.

Dołek 8 trzeba było grać pod wiatr i ulewę. Warunki stały się ekstremalne. Piłka Piotrka Klemby, zagrana z fairwaya, zniknęła wszystkim z oczu. Już tylko Piotrek Ragankiewicz liczył się przeciw dwóm przeciwnikom. Zagrał PAR i tym samym w cudowny sposób wyciągnął znów na 1UP. Oglądaliśmy to wszystko na ekranie telefonu Przemka, który dysponował niewiarygodnym zoomem. Z domku klubowego widzieliśmy na Przemkowym samsungu każdy ruch wszystkich osób na ósmym greenie. Jak w filmie sensacyjnym.

W tym momencie dostrzegliśmy, że zawodnicy nie kierują się na tee dziewiątki tylko… idą w kierunku domku klubowego! Oglądaliśmy to wszystko zza szyby (potężnie lało, wszyscy schronili się w środku), nie mając do końca wiedzy wówczas o wyniku i sytuacji. Kapitan zinterpretował to jako zwycięstwo. Skoro nie grają dziewiątki, to chyba już jest po meczu! Poczułem silne pchnięcie w plecy w kierunku drzwi. „No lećcie do nich! Co, deszczu się boicie!?” – Kapitan siłą wyrzucił nas na zewnątrz. Ale… coś tu jednak nie gra. Przecież nawet sobie nie dziękowali za grę. O co chodzi? Michał Ligocki, który jako jedyny stał na zewnątrz w przeciwdeszczowej pelerynie, ochłodził nasze głowy. „Mecz przerwany. Była syrena”. Nie mogliśmy jej słyszeć w domku klubowym. Teraz wszystko jasne. Mamy dormie i do rozegrania dziewiątka PAR 3. Jeśli choćby ją zremisujemy, zwycięstwo będzie nasze. Jeśli przegramy – będzie dogrywka, a tego chcieliśmy uniknąć za wszelką cenę. Asy z Karolinki byłyby bezwzględnie faworytami.

Komitet Turniejowy zadecydował, że w oczekiwaniu na poprawę pogody, zostanie przeprowadzona ceremonia wręczenia medali tryumfatorom Mistrzostw. Zawsze zostajemy i bijemy brawo mistrzom, ale tym razem byliśmy zbyt przejęci swoją sytuacją i skupieni na naszym meczu, zawieszonym dosłownie na ostatniej prostej, żeby usiedzieć przy stoliku i uczestniczyć w tej podniosłej chwili. Burza przeszła szybko i jeszcze w trakcie ceremonii wręczania medali sędzia dał sygnał, że można wracać na dziewiątkę. Deszcz przeszedł, zostawiając po sobie pokaźne kałuże i parujący grunt.

Nasi zaczynają, bo kilkadziesiąt minut temu wygrali ósemkę.

Ragan – bajeczny tee shot na środek greenu – 4 metry od flagi. Euforia! Wrzeszczymy wszyscy! Później Piotrek przyznał, że to było jego najlepsze zagranie z tee tego dnia.

Pito – wiadro adrenaliny i piłka ląduje… nie tylko za greenem, ale wręcz za płotkiem oddzielającym dziewiątkę od osiemnastki. Wydaje się, że z tej piłki nie będziemy mieć pożytku. Kilka minut później okaże się, że wręcz przeciwnie.

Koledzy z Karolinki gaszą jednak naszą radość. Pierwszą piłkę Damian sadza dosłownie 3 metry od flagi – pin high. Wow! Ależ wytrzymali ciśnienie! Druga piłka – Sebastiana – ląduje na fringe’u, będą więc mieli dwie realne szanse na upragnione birdie.

Cała grupa podchodzi na green. Pierwszy gra oczywiście Piotrek Klemba zza płotka. Wydaje się, że trochę taki strzał pro forma, ale on dokonuje niemożliwego – pięknym lobem sadza piłkę tuż przed flagą! Karolinka zagrywa swoją dalszą piłkę z fringe’u – minimalnie chybia. Pierwsza szansa przeciwników na birdie – niewykorzystana. Nasza kolej. I tu genialny ruch matchplayowy. Piotrek Klemba, który jest po dwóch uderzeniach, decyduje się jako pierwszy uderzać. Trafia PAR!!! ogromnie ważny to był ruch, bo teraz Ragan może już śmiało atakować dołek. Birdie zakończyłoby mecz. Niestety minimalnie chybia. Już nic nie zależy od nas. Pozostała tylko jedna piłka – po genialnym tee shocie. 3 metry do dołka – putt Karolinki na birdie i dogrywkę…

Nie wpada. Przeszła niemal po krawędzi dołka, ale nie wpada.

MAMY TO! Remis na ostatnim dołku, wygrany mecz 1UP, zdobyty upragniony trzeci punkt w całym meczu i trzecie miejsce w grupie. Co to wszystko oznacza? Wyszarpujemy miejsce w Dywizji 1 na kolejny rok. Wielkie dzięki dla naszych przeciwników z Karolinki, bo jednak ktoś po tym meczu musiał być wniebowzięty, a ktoś załamany. Trzy drużyny spadają do Dywizji 2, ale nie ma nas w tej grupie 🙂

Uff… Domek klubowy powoli pustoszeje. Drużyny rozjeżdżają się po kraju, wracają do domów. Dopiero teraz możemy zjeść obiad i otworzyć szampana. Przy sąsiednim stole świętują Mistrzowie z Sobieni Królewskich, a drugi stół jest nasz. Cieszymy się niemal tak samo jak oni, a może nawet bardziej. Każdy ma swój Everest. Oni już na swój wdrapywali się kilka razy, a dla nas – to jest pierwszy w historii taki sukces. Smakuje wybornie!

 

Lunęło. Koledzy z Karolinki z niepokojem próbują dojrzeć, co się dzieje na ósmym greenie.

 

My też próbujemy…

 

… aż w końcu Przemek uruchamia max-zoom i widać wszystko jak na dłoni. Tylko trzęsące się z emocji ręce właściciela telefonu utrudniają nieco odbiór.

 

Już po burzy. Dwie piłki na dziewiątym greenie. Nasza z lewej, przeciwników bliżej. Co za kosmiczny poziom!

 

Bliżej już nie da się podejść. Za chwilę decydujące putty.

 

Kluczowe momenty na filmiku Michała Ligockiego.

 

Mamy to!

 

Tak wygląda podsumowanie decydującego meczu.

A tak – podsumowanie ostatnich trzech dni w naszej grupie.

 

Wszyscy zasłużyli na szampana. To były przepiękne zawody i wspaniała zespołowa wygrana.

Kapitanie, dziękujemy za wszystko! 

 

Powtórka z historii

Jako się rzekło, już dwa razy cieszyliśmy się z awansu do Dywizji 1. Za każdym razem były to jednak wizyty na jeden sezon, po którym szybko spadaliśmy. Ale jeśli ktoś chce sobie przypomnieć tamte dwa radosne momenty, to proszę bardzo:

Tak cieszyliśmy się w zeszłym roku: AWANS 2024 – LINK

A tak cieszyliśmy się po raz pierwszy: AWANS 2017 – LINK

W 2017 roku zasady były całkiem inne (o awans grało się baraże). Nie mówiło się też Dywizja 1 i Dywizja 2 lecz Grupa Mistrzowska i Grupa Kwalifikacyjna. Czy ktoś to jeszcze pamięta? 🙂

 

* * *

 

Dzień III

Czy można powiedzieć, że „postraszyliśmy Lisią”? Chyba tak 🙂 Nasze dzisiejsze single niewiarygodnie długo utrzymywały swoje mecze przy życiu. Aż trudno było uwierzyć, co chłopcy wyprawiali. Wygrać się żadnemu nie udało, ale dokonywali cudów.

Mateusz Gregorowicz przeciągnął Lauritza Loubsera aż do przedostatniego dołka (2&1). Michał Ligocki trzymał w niepewności Johanna Wassermana tylko o jeden dołek krócej (3&2). Przemek Kosiorek natomiast walczył z Bogdanem Bigusem aż piętnaście dołków (4&3). 

Mateusz jest chyba w życiowej formie. Coś zaskoczyło, a może tak świetnie działają na niego warunki turniejowe. Walczy z najlepszymi, jak równy z równym. Michał – jak na olimpijczyka przystało – też czuje się jak ryba w wodzie w warunkach sportowej rywalizacji, gdy gra idzie o stawkę. No i miło popatrzeć na uśmiechniętego Przemka, który wykonał w tył zwrot i znów będzie zjeżdżał w kierunku chwilowo porzuconego jednocyfrowego handicapu. Dziś najbardziej uśmiechał się do swoich drajwów, które – jak potem opowiadał – trafiały dokładnie w punkt, który sobie wyznaczał. Miał to przyjemność osobiście oglądać Bronek Chmielewski, który dziś dołączył jako caddie Przemka.

Nie dane było naszym drużynom dwójkowym dokończyć swoich rozgrywek, bowiem z chwilą rozstrzygnięcia całego meczu (3 wygrane jednej strony) pozostałe mecze są przerywane i zapisywane jako remisy 0,5 : 0,5. A jak to wyglądało naprawdę? Piotrowy Fourball (Piotr KlembaPiotr Ragankiewicz) był kilka dołków na minusie, ale miał trudne zadanie, szczególnie że pechowo nie udało im się uzupełniać, a wręcz przeciwnie: obaj miewali „przygody” na tych samych dołkach. Ale na to trudno coś poradzić, po prostu tak się poskładało, a statystyka powinna wskazywać na to, że jutro może być odwrotnie i uda im się lepiej wspierać wzajemnie. Skład FS i FB będzie bowiem taki sam, jak dziś.

Natomiast w dobrym humorze dzień kończył Foursome (Mariusz WielgusMichał Kopczewski). Dobra współpraca przyniosła wielce przyjemny wynik. Udało nam się doprowadzić do dormie – prowadziliśmy 4UP na 4 dołki do końca, więc szansa na wygranie przynajmniej jednego meczu była ogromna. Oczywiście tylko prestiżowa, ale zawsze. Ścigaliśmy się z czasem, żeby doprowadzić do wygranej i wykonać natychmiastowy telefon do Kapitana, aby szybko zgłaszał wynik, ale zabrakło nam – jak sądzę – może dosłownie kilku minut. Już wykonaliśmy drajwy… kiedy okazało się, że mamy fajrant. Single, idące wcześniej, i tak ciągnęły swoje mecze rewelacyjnie długo. Koniec końców i tak cały bój z Lisią Polaną przegrany, ale znowu – w doskonałym stylu. 

Nie dziwcie, że mamy dobre humory po dwóch pojedynkach 1:4, 1:4, ale wynosimy już teraz taką lekcję z całych zawodów, że da się tu powalczyć. No może niekoniecznie od razu z drużynami pokroju Kalinowych Pól (dziś sensacyjna porażka w półfinale z Wrocław GC) czy Sobieni Królewskich (wybitnie wyciągnięte wczoraj zwycięstwo z Kraków Valley w dogrywce), ale z kilkoma drużynami możemy się spokojnie mierzyć z myślą o zwycięstwie. I z tą właśnie myślą kładziemy się spać przed niedzielnym starciem „o wszystko” – z reprezentacją Karolinki. Nasłuchujcie doniesień i trzymajcie kciuki.

Codziennym obowiązkiem Kapitana jest podanie składów zaraz po zejściu ostatniego zawodnika.

 

Dziś – wersja biała. Jutro wjeżdżamy w granacie. Oby okazał się szczęśliwy.

 

PS. Nie mówcie nikomu, ale Mistrz Klubu, aby nie marnować czasu na dojazdy, śpi dziś na miejscu. Zaoszczędzone siły przydadzą się jutro, bo gramy już od samego rana. Po co zatem kursować wte i wewte? 😉 Keep calm i widzimy się za kilkanaście godzin.

 

* * *

Dzień II

Drużyny 9-20 zostały przypisane do jednego z trzech koszyków. Wylądowaliśmy w koszyku B razem z Legią, Lisią Polaną i Karolinką. Gramy mecze każdy z każdym. Na piątek – dobry weekendu początek – Legia. Przeciwnik bardzo trudny, podobnie jak jutrzejsza Lisia Polana, z którą może być nawet ciężej.

Oczywiście zwarci i gotowi stawiliśmy się do sportowej walki, choć chyba w żadnym z pięciu meczów nie byliśmy raczej w roli faworyta. Przemek Kosiorek prowadził dość wyrównany mecz z Alanem Kwaśniewskim, a duet Piotr RagankiewiczMichał Kopczewski podobnie zacięcie walczyli w Fourballu z Marcinem Ziębą i Yazidem Kabboudem. Te dwa mecze nie zostały jednak dokończone, ponieważ zwycięstwa Legii w pozostałych trzech pojedynkach dały im już wygrywającą przewagę. Piotr Klemba musiał uznać wyższość świetnie dysponowanego Marcela Zięby, Mateusz Gregorowicz uległ zawsze groźnemu Maksymilianowi Marcinkowskiemu, a Foursome Michał Ligocki i Mariusz Wielgus przegrał z bardzo silnym duetem Tomasz Piecyk – Łukasz Skudlarski. Niespodzianki zatem nie było, ale każdy dał z siebie wszystko.

Dzień zakończyliśmy wspólnym obiadem, na który zaprosił Kapitan. Cały czas gramy solidnie, humory dopisują, a jutro będziemy grać nie tylko z trudnym przeciwnikiem, ale też walczyć z pogodą. Dziś było wprost idealnie, ale sobota ma przynieść przejściowe załamanie pogody. 

Tradycyjnie zapraszamy do wspierania. Dziś odwiedził nas Jarek Skręta, a Jacek Krukowski nawet przywiózł jagodzianki dla całej drużyny. Dziękujemy i jutro znów się zgłaszamy z Sobieni z kolejną relacją.

* * *

Dzień I

Oczywiście zaczęło się od rundy stroke play, która dalej ustawia mecze i grupy na kolejne 3 dni. Można powiedzieć, że zagraliśmy naprawdę dobrze, notując kilka wyników indywidualnych mocno powyżej oczekiwań. A i tak drużynowo dało nam to przedostatnie miejsce, co tylko pokazuje, jak niebotyczny jest poziom grania w Dywizji 1.

  • Grając z białych tee, mieliśmy na Mistrzostwach 21 zawodników, którzy zagrali PAR pola lub poniżej.
  • 67 graczy (spośród 140, a więc 48%) przyniosło co najmniej „siódemkę” z przodu (w tym dziesięć „szóstek”)
  • Nikt nie zagrał wyniku trzycyfrowego

A nasze osiągnięcia?

  • Mariusz Wielgus (89) i Michał Ligocki (87) – zagrali przyzwoite osiemdziesiątki
  • Przemek Kosiorek (82) błysnął znów dawną formą i przez długi czas siedział po rundzie na wilanowskim wirtualnym fotelu lidera
  • Mateusz Gregorowicz (81) zdetronizował Przemka, robiąc pod publiczkę birdie na osiemnastym greenie
  • Piotr Klemba (79), idąc w ostatnim flighcie, ścigającym się z zachodem słońca, zagrał najlepiej i sprawił, że i Królewscy mogli się cieszyć przynajmniej jedną siedemdziesiątką
  • Drużynowo zajęliśmy 10. miejsce zarówno w klasyfikacji stroke play netto jak i stableford netto, co plasuje nas dokładnie w połowie stawki.
  • Najlepsi indywidualnie stroke play netto z Królewskich to: Przemek (-4 i miejsce T4 – wow!), Mateusz (-3 i miejsce T11) i Piotrek Klemba (-2 i miejsce T21).

Podsumowując: występ w sumie powyżej oczekiwań co do wyników, ale poziom na tyle kosmiczny, że nadal jeszcze nam sporo do najlepszych brakuje. Przed nami 3 dni walki meczowej: jutro zaczynamy od razu najtrudniejszym meczem, który będzie – z Legią. W weekend jeszcze potem dwie kolejne szanse, by sprawić niespodziankę i wygrać choćby jeden mecz, co świętowalibyśmy hucznie.

Grać będziemy: 1 x Foursome, 3 x mecze indywidualne, 1 x Fourball.

Kapitan Krzysztof Bury spędził w Sobieniach większą część dnia, wspierając nas i dodając otuchy. Mieliśmy też gości, m.in. zawitał Rafał Podkański, a Irek Osiński jest w składzie sędziowskim od świtu do zmroku. Jeśli ktoś jeszcze ma ochotę nam pokibicować, to zapraszamy!

Jutro wieczorem kolejna relacja i wreszcie zdjęcie zbiorowe całej drużyny, bo dziś nawet się wszyscy nie zobaczyliśmy w jednym momencie.

Wyniki fazy stroke play: TUTAJ.

 

Przemek przez długi czas dzierżył palmę pierwszeństwa wśród naszych wyników.

 

Humory dopisują, bo przed chwilą Matti skończył rundę pięknym birdie (i wyprzedził Przemka).

 

Ostatni flight kończy grę, a Piotrek Klemba za chwilę zamknie rundę 79.

 

Dobranoc, do jutra!

Red.

 

« wstecz

Liga Turniejowa 2026

Mężczyźni

Brak wyników

Kobiety

Brak wyników

zobacz więcej »

Polski Związek Golfa Golf Parks Poland